moja historia

 

 

Urodziłem się w 1984 roku. Ukończyłem Technikum gastronomiczno – hotelarskie . Ale nie pracuję w wyuczonym zawodzie. Pracuję w rodzinnej firmie transportowej. Wychowałem się w rodzinie, gdzie uczciwość, prawda, pomoc innym jest priorytetem. I choć niektórym wyda się to dziwne, takimi zasadami kierowałem się od najmłodszych lat życia. I jakoś nie trafiałem na bardzo wrednych ludzi. Aż poznałem Jolantę Cz. Zakochałem się po uszy. A jak wiadomo, miłość jest ślepa. Pochodzi z wielodzietnej rodziny, z małej miejscowości. Jako, że jestem jedynakiem, byłem zachwycony tak licznymi przyszłymi „krewnymi”. Męska część dorosłej rodziny Joli wyjechała do pracy do Irlandii. Ja musiałem zastąpić im ojca i braci. Pomagałem w gospodarstwie, dzieciom w lekcjach. Jeździłem z W-wy kilka razy w tygodniu. Kochali mnie, tak myślałem wtedy. Jakże mylne było moje myślenie. Oni po prostu szukali „niewolnika”, a ja byłem idealnym kandydatem. Uczciwy, naiwny, z dość dobrze sytuowanej rodziny, z autem, pieniędzmi, chętny do pomocy. Po dwóch latach znajomości, Jola pokazała swoje oblicze, o czym w tej chwili nie mogę jeszcze pisać. To było strasznie podłe i powinno dać mi do zrozumienia co do intencji bycia jej ze mną. Ale jak wcześniej nadmieniłem, miłość jest ślepa. Ona zresztą tłumaczyła to błędem. Przepraszała, płakała. Nie potrafiłem odejść. Po roku okazało się, że będziemy rodzicami. Byłem szczęśliwy jak nigdy. Ale moja przyszła żona nie. Płakała, nie tak sobie wyobrażała naszą przyszłość. Jak, nie wiem. Nie powiedziała nigdy. Moje szczęście nie trwało zbyt długo, bo” wkroczyli” jej rodzice, a konkretnie matka. Mam natychmiast się żenić, bo to wstyd przed ludźmi na wsi. Jak przez 3 lata, po miesiącu znajomości, mama Joli kazała mi się prawie wprowadzić i spać z córką na oczach młodszego rodzeństwa, to nie był wstyd. Ślubu odmówiłem, bo tak ustaliliśmy z Jolą. Zmarł właśnie mój ukochany i jedyny dziadek. A moja narzeczona chciała wystawne i huczne wesele. Oczywiście za pieniądze moich rodziców, gdzie z ich rodziny byłoby 200 osób, z mojej 50. I zaczęło się piekło. Mama Joli kłóciła się i nakazywała nam ślub i tak co drugi dzień. Jola płakała, bo bardzo boi się matki, ja byłem już skołowany. Ale nie poddałem się presji. Zaczynało do mnie powoli docierać, do czego byłem im potrzebny. To, że ślub weźmiemy za rok, nie interesowało nikogo. W październiku 2009 urodził się nasz synek Alanek. I dalej piekło o ślub i rządzenie mamy Joli. Zabobony, leczenie jakimiś dziwnymi sposobami. Np. po kąpieli matka Joli pluła 3 razy do wody. Jak Alanek był chory, gorączkował, płakał to kładła mu ciężki termofor z gorącą wodą. Ja wyrzucałem i wiozłem dziecko do szpitala. I kłótnia mamy Joli, jak ja śmiem ignorować jej metody leczenia. Mimo piekła, woziłem synka po szpitalach. Jak się okazało, słusznie, ponieważ dziecko gorączkowało a choroby nie dało się zdiagnozować. To był horror dla mnie. Lekarze nawet podejrzewali sepsę. W końcu przewieźli Alanka do CZD w Międzylesiu. Jola nie radziła sobie ani z macierzyństwem ani z opieką nad synkiem. Nie karmiła piersią, paliła papierosy, piła alkohol. W szpitalu, wszystkie matki były same, bez mężów. Ale nie Jola. Codziennie byłem z nią i synem. Zmieniali mnie moi rodzice. Alanek tracił przytomność. Moja mama czuwała nad nim nocami, żeby Jola mogła pospać. Ja się przespałem albo i nie. Bo pracowałem i jednocześnie opiekowałem się nimi. Trzeba było uprać, wysuszyć, uprasować ich ubrania, ręczniki, zawieźć, przywieźć. Kupić jedzenie, środki czystości . Cała moja wypłata to była na paliwo, bo nawet i 3 razy dziennie jeździłem z Mokotowa do Międzylesia. Przez cały pobyt w szpitalach ( prawie 4 miesiące ) ja schudłem 20 kilogramów, Jola ani grama. Moi rodzice płacili za wszystko, na co mi zabrakło pieniędzy. Ona była ciągle rozdrażniona, niezadowolona i opryskliwa. Jej rodzice ani razu nie przyjechali do niej ani wnuka, mimo że przyjeżdżali do W-wy kilka razy w tygodniu. Dla niej nie mieli czasu. Myślałem, że nieszczęścia zbliżają ludzi. Ale w naszym przypadku tak nie było. Jola mnie ledwo tolerowała, bo byłem jej potrzebny. A ja powoli upewniałem się, że nie będziemy już parą. Najważniejszy był dla mnie Alanek. Przeszedł dwie operacje na uszy, a potem diagnoza; GRUŹLICZE ZAPALENIE OPON MÓZGOWO-RDZENIOWYCH. I znów szpital na Działdowskiej. I strach, czy synek wyzdrowieje. Rokowania były dobre. Po jakimś czasie, ustawili leki i do domu. Leczenie 9 miesięcy w warunkach ambulatoryjnych. Wizyty kontrolne co 3 miesiące w trzech szpitalach. Po powrocie, rządy niedoszłej teściowej jeszcze się nasiliły. Dziecko ich zdaniem wyleczone, więc ojciec, czyli ja, do usunięcia. Zaczęli ograniczać mi kontakty z synem. Jola jeszcze widocznie miała żal do nich za brak jakiegokolwiek wsparcia , bo pozwalała zabierać ją i synka do W-wy. Ale nie na długo. Matka wychodziła na ulicę we wsi i wyganiała mnie i moich rodziców. Wyrywała Alanka z rąk Joli i zabierała do domu. Udało mi się przekonać byłą narzeczoną, że musi się wyprowadzić od nich. Przyznała mi rację, bo dziecko będzie źle wychowane, w przekleństwach, kłamstwach, pijaństwie. W grudniu zabrałem ich do W-wy na stałe. Tak wtedy myślałem. Jola niestety, nie zamierzała wychowywać ze mną Alanka. Nie zamierzała w ogóle go wychowywać. Ciągle się kłóciła, że ona jest dzieckiem zmęczona i podrzucała go mojej mamie. Aż któregoś dnia wyprowadziła się od nas. Zostałem sam z synkiem. Nawet nie chciała go odwiedzać, woziłem jej synka żeby miał z nią kontakt. Po jakimś czasie zmieniła zdanie i zabrała synka na wieś a mnie nie pozwoliła na żadne kontakty. Potem znów mi go przywiozła, bo był chory i nie miała na leki. Zostawiła. Jak dziecko wyleczyłem to znów postanowiła go zabrać. Już się nie zgodziłem. To nie zabawka, to człowiek. Za namową swojej rodziny zdobyła nakaz do opieki nad dzieckiem. Ale nie odbierała go. Nie miała czasu. Handlowała wędliną na straganie z mamą, do Alanka nawet nie przyszła. Tylko dla zachowania pozorów tzw. „dobrej mamusi” ze dwa razy przyszła z policją po syna. Nie do syna. Zgłosiłem do OPS, gdzie pobierała zasiłek na chore dziecko, że synek jest ze mną. Wstrzymali jej ten zasiłek. I rozpętałem piekło, bo mama nie będzie jej trzymała w domu bez 800 zł, które córka jej oddawała. Napadli mnie, jej brat, wujek, jakiś mężczyzna obcy. Przewrócili na jezdnię z dzieckiem, pobili i wyrwali mi strasznie płaczącego 1,5 rocznego synka. Policja mi nie pomogła. Nikt mi nie pomógł. Pojechałem za porywaczami na wieś. Zawieźli synka do przychodni. Strasznie płakał, nie znał ich. Ja szalałem z rozpaczy, ale nie wpuścili mnie do syna żebym go uspokoił. Była tam i Jola. Nie wiedziałem w jakim stanie jest Alanek. Jak mnie przewrócili, dusili i wyrywali dziecko, uderzyli go w główkę drzwiami od samochodu, którym go uprowadzili. Wróciłem do W-wy, zrobiłem obdukcję, zawiadomiłem prokuraturę. Umorzyli postępowanie. Zgroza ! Ale to był początek tego co mnie jeszcze miało spotkać. Dziecko uprowadzili 29-04-2011. A 5 i 9 maja miał ważne wizyty kontrolne w szpitalach w W-wie. Pojechałem tam. Nie przyjechała. Przełożyła wizyty o następne 3 miesiące. W wywiadzie pielęgniarce powiedziała, że przełożyła wizyty bo ojciec dziecka, czyli ja, znałem terminy. Napisałem do Rzecznika Praw Dziecka, ale jak się domyślacie, też mnie zbył byle jaką odpowiedzią. A jego obowiązkiem jest chronić chore dzieci. Jeździłem ciągle po szpitalach, sprawdzałem na kiedy poustalała nowe terminy. Na Działdowskiej, pani od EEG Nie chciała podać mi terminu, bo jak powiedziała,” matka prosiła o dyskrecję”. Paranoja ! W końcu udało mi się spotkać synka w szpitalu ale niestety nie mogłem do niego nawet podejść. Liczna rodzina Joli zagrodziła mi drogę a ojciec Joli popchnął mnie na ścianę. I tak co trzy miesiące, żadnego kontaktu z synkiem. Jeździłem pod jej dom. Nagrywałem wszystkie wyzwiska, popychania mnie, izolowania od synka. Przedstawiłem te dowody w sądzie. Jakże byłem naiwny, sądząc ,że ktoś mnie wysłucha i stanie po stronie dziecka. Sąd, psycholog tylko mówią o dobru dziecka, ale tak naprawdę rzeczywistość jest inna. W końcu sąd przyznał mi kontakty, a raczej zawarliśmy ugodę; co dwa tygodnie po 3 godziny u niej. Nic z tego. Nie chciała do mnie wyjść. Widziałem synka przez bramę. A tuż obok nie było ogrodzenia, ale nie pozwoliła synkowi podejść do mnie. Złożyłem o zmianę kontaktów w listopadzie 2012. Dopiero 27-05-2013 mam RODK. Z kwietnia odwołała. Piszę, dzwonię, tłumaczę Joli. Śmieje się, nie odpisuje. Wie że nikt jej nie ukarze, bo polskie prawo przewiduje wprawdzie jakieś śmieszne kary za utrudnianie kontaktów, ale potem zazwyczaj się je umarza. Jestem zdruzgotany takim bezprawiem. Kocham mojego syna i tęsknię za nim ogromnie. Nie widziałem jak zaczynał mówić, uczył się samodzielnie jeść, siadać na nocnik. Nie wiem jaki jest, co lubi, na co choruje i kiedy. A wiem, że jest ciągle chory, bo tam w tym tłumie, nikt o niego nie dba, nie pilnuje. Nigdzie nie zabiera. Siedzi mój synek w domu z 16 osobami i bawi się na betonowym podwórku, odizolowany od świata. Co jakiś czas zaglądam do jego karty w przychodni. Chociaż tamtejsza Pani doktor pediatra próbuje mi to utrudniać. Każda moja wizyta w przychodni kończy się kłótnią z Panią doktor, która jest stronnicza. Bo tam i ona i oni żyją i mieszkają.

Próbuję od dwóch lat uświadomić Joli, jak ogromną krzywdę wyrządza naszemu synowi. Na próżno. Ona dobrze wie jakim człowiekiem, ojcem byłem, jestem. Jakim człowiekiem trzeba być, żeby tak postępować jak ona? Czy kiedyś poznam swojego syna ? Czy i kiedy powie do mnie „tato” ?

 

Witam wszystkich po dłuższej nieobecności..


U mnie kiepsko, ulotki nie pomogły, oskarżyła mnie o stalking, ale na próżno, bo pytania o dziecko smsy, i to co na ulotkach to nie stalking.
Widuję syna w każdą środę od 17 do 19 ej i co drugi weekend sobota , niedziela od 12 do 18 . Z rodzicami, tak wymyślił RODK i słusznie bo i tak próbowali nas przepędzić. Zaczepiali, wyganiali, prowokowali, ale boją się bo jest nas troje i mamy dyktafon włączony.
Z synkiem mam słaby kontakt, on jest wychowany wśród kobiet, nie lubi facetów, lubi moją mamę. Nie mogę z nim nigdzie wyjść, siedzimy w domu cały czas. Na spacer nawet nie wyjdzie, robi mi na złość. Dziecko się denerwuje, my stajemy na rzęsach żeby jakoś ten czas dziecku zorganizować. Ale to trudne, bawimy się z nim, tylko to można na kilku metrach. Całe lato przestaliśmy na dworze z dzieckiem, gdzie temperatura w cieniu sięgała 40 stopni. Jakimś cudem OPS się zainteresował. próbowali wpłynąć na nią żebym mógł dziecko wychowywać a nie tylko być zabawką. Skończyło się na dwóch spotkaniach w OPS , ona się na nic nie zgadzała, oni ją troszkę postraszyli i skończyło się. Umyli ręce jak to się mówi. Dziecko zapasione, ma 4 latka a waży prawie 30 kg, ale kogo to obchodzi. Żal patrzeć, serce mi pęka z bólu. Ale nic nie mogę zrobić. Mam dość chodzenia po sądach, gdzie wszyscy jej słuchają i tylko mówią że chcą dobra dziecka i to wszystko. A ona mówi nie bo nie i nikt nie docieka dlaczego. Niby wszyscy wiedzą że robi to złośliwie ale nie ingerują. OPS kazał mi wystąpić do sądu o następną zmianę kontaktów i kuratora, że jak sąd zażąda to wyślą opinię, ale to wszystko.  A jak sąd nie zażąda ? Tylko ona znów się nie zgodzi co jest oczywiste i sąd wyśle nas na ROKD. I znów terminy, potem trzeba czekać jeszcze na rozprawę. Opinię pierwszą miałem dobrą, RODK mi pomógł w kontaktach z synem, ale teraz nie wiem jaka będzie. Ona wszystkich oszukuje, dziecko szantażuje że jak z nami pojedzie to ona będzie płakała, To są słowa mojego Alanka, Więc nie wiem co RODK stwierdzi. Poprzednim razem Alanek w ogóle nie wszedł do budynku RODK, prawdopodobnie go czymś straszy. Psychologom wmawia że on kojarzy budynek ze szpitalem, ale to bzdura, w szpitalu był jak roczku nie miał. I nadal jeździ na kontrole i wchodzi. Nie wiem co robić, jestem u kresu wytrzymałości. a ona wszystko na nie. Chce żebym zrezygnował. Rujnuje mnie finansowo, dojazdy do dziecka ; 100 km w jedną stronę, podwyżka alimentów. A wystarczyło by odrobinę rozsądku, zabierałbym synka na weekendy do siebie. Ale ona specjalnie nie chce wyjść nawet na ulicę, żeby RODK nie dał nam dziecka przez długie lata zabierać do siebie. I tak wygląda życie moje i mojego synka. Ja bez syna, on bez ojca. Bo tak chce jego mama. Przecież on kiedyś urośnie i wszystko zrozumie i co zrobi ? Znienawidzi nas oboje, chociaż ja walczyłem o niego, kocham go. Tylko czy on to tak zrozumie ? Setki pytań, bez odpowiedzi.